Jestem nocnym dozorcą w nowym, szklanym biurowcu w centrum miasta. Moje królestwo to hol z recepcją, ekrany z kamerami i wielka, czarna kawa w termoosie. Od dziesiątej wieczór do szóstej rano jestem sam. Budynek oddycha cicho – szumem klimatyzacji, cykaniem serwerowni na minus pierwszym. Znam każdy dźwięk. I każde milczenie.
Najbardziej lubię patrzeć przez panoramiczne okna na dziesiątym piętrze. Tam jest taras, ale zimą jest zamknięty. Staję przy szybie i patrzę na miasto. Na czerwone światła samochodów, na migające neony, na ciemne plamy parków. Myślę, że każdy z tych świateł to czyjeś życie. A ja jestem tu, poza nimi. Jak satelita na orbicie.
Miałem syna. Michała. Wyjechał do Kanady pięć lat temu. Najpierw były częste rozmowy, potem rzadsze. Teraz to głównie suche wiadomości na Messengerze i zdjęcia śniegu, który tam ma być lepszy. Czasem czuję, że mój świat skurczył się do rozmiaru tego holu. Że jedyne, co łączy mnie z zewnętrznym życiem, to te migające światła za szybą.
Pewnej styczniowej nocy, gdy śnieg zaczął gęsto padać, a miasto spowijała biała kołdra, poczułem atak paniki. Nie takiej głośnej. Cichej. Uczucia, że ta samotność jest już nie wyborem, a stanem permanentnym. Że jestem jak ten budynek – elegancki z zewnątrz, pusty w środku. Żeby zagłuszyć myśli, zacząłem bezmyślnie przeglądać telefon. Na forum dla pracowników ochrony ktoś napisał: „Jak wam się nie chce spać, to polecam. Wpiszcie vavada darmowe spiny https://socialimpactfilmfestival.org , dostaniecie trochę kasy na start i możecie pograć w automaty. Nie chodzi o wygraną, tylko o zajęcie uwagi. To jak cyfrowy sen na jawie”.
Vavada darmowe spiny. Brzmiało jak rozkaz. Coś, co mogę zrobić, nawet nie myśląc. Wykorzystałem bonus. Dostałem te darmowe obroty. Nie chciałem kart, ruletki. Chciałem czegoś, co pasuje do mojej nocy. Znalazłem grę „Kosmiczny Patrol”. Były tam statki, gwiazdy i… niebieskie planety. Planety jak te, które mogłem sobie wyobrażać, patrząc w nocne niebo przez zanieczyszczone światłem miasto.
Zacząłem. Darmowe spiny. Klik. Statek, gwiazda, asteroida. Nic. Klik. Patrzyłem, jak pixelowy statek sunie przez kosmos. Myślałem o Michale. O tym, że on jest po drugiej stronie planety. Że między nami jest tylko ta kosmiczna pustka. Darmowe spiny się skończyły. Miałem na koncie bonusowe 40 zł. Postanowiłem dołożyć swoje – 50 zł. Dla zasady.
Saldo topniało. 80 zł, 60 zł, 30 zł. Zostało mi 19 zł. Wiek Michała, gdy wyjeżdżał. 19 lat. To był znak. Albo pułapka. Postawiłem wszystko. Całe 19 złotych. Na jedną linię. Nacisnąłem spin, patrząc na wirujące planety. „No leć, synu. Albo zgaśnij”.
Krążki zakręciły się, a dźwięk silników statku stał się głośniejszy. Pierwszy zatrzymał się na niebieskiej planecie. Drugi – na niebieskiej planecie. Przestałem oddychać. Trzeci krążek zwolnił, zatrzymał się na asteroidzie… a potem, jakby pchnięty niewidzialną siłą, przesunął się o jedno pole. Na niebieską planetę.
Nie było wybuchu. Rozległ się niski, rezonujący dźwięk, jak dudnienie planety, a potem głos komputera pokładowego: „CEL NAVIGACYJNY OSIĄGNIĘTY. AWANS: KAPITAN”. Ekran zmienił się w kokpit. „BONUS: MISJA NADPŁYWU” – zobaczyłem.
Bonus był podróżą przez mgławicę. Miałem 10 decyzji nawigacyjnych. Za każdym prawidłowym wyborem (uniknięcie asteroidy, przejście przez tunel czasoprzestrzenny) dostawałem mnożnik lub dodatkowe spiny. Za pierwszym – x3. Za piątym – weszłem w „nadpływ energii”, gdzie przez 5 spinów wszystkie wygrane były potrojone. Liczba w rogu ekranu, która była tylko ciekawostką, zaczęła rosnąć. Nie skokami, ale w stabilnym, pewnym tempie, jak licznik odległości w statku kosmicznym. 500 zł, 2000 zł, 8000 zł… Czułem mrowienie w palcach. 15 000 zł… 22 000 zł… 29 500 zł… Wykres zatrzymał się na 34 200 złotych.
Trzydzieści cztery tysiące dwieście złotych. Za trzy niebieskie planety i wiek mojego syna.
Siedziałem na krześle recepcjonisty, a przed oczami miałem nie pieniądze, tylko obraz. Nie siebie w nowym samochodzie. Siebie, kupującego bilet. Do Kanady.
Wypłata była szybka. Następnego dnia, w moim zwykłym czasie snu, zamiast iść do łóżka, usiadłem przy komputerze. Nie kupiłem biletu od razu. Kupiłem coś innego. Dwa bilety. Jeden dla mnie. Drugi – elastyczny, open, z możliwością zmiany daty. Wysłałem go mailem do Michała z krótką wiadomością: „Synu, dostałem premię za pracę w święta. Kupiłem ci bilet. Nie wiem, czy przyjedziesz, czy ja przyjadę. Data jest twoja do wyboru. Po prostu… wybierz. Tata”.
Potem, z resztą pieniędzy, zrobiłem coś, o czym marzyłem od lat. Wynająłem mały lokalik obok budynku. Naprzeciwko. Otworzyłem tam „Nocną Kawę”. Otwartą od 20:00 do 6:00. Dla kierowców, pielęgniarek, innych dozorców, dla wszystkich, którzy funkcjonują, gdy miasto śpi. Miejsce, gdzie można usiąść, napić się dobrej kawy i… nie być samym. Zatrudniłem do pomocy baristkę, studentkę farmacji, która też pracuje w nocy.
Michał odpisał po tygodniu. Długim mailem. „Tato, nie wiem, co się stało, ale… dziękuję. Przyjadę w maju. Na dwa tygodnie”. To był pierwszy krok.
Teraz moje noce wyglądają inaczej. Nadal pracuję w biurowcu, ale co kilka godzin wychodzę na „swoją orbitę” – przechodzę przez ulicę do „Nocnej Kawy”. Rozmawiam z ludźmi. Słyszę ich historie. A gdy wracam na dziesiąte piętro i patrzę przez szybę, widzę swój mały lokal, oświetlony ciepłym światłem. I już nie czuję się jak satelita. Czuję się jak… stacja kosmiczna. Punkt, z którego można wystartować, ale też do którego można wrócić.
Czasem, w najgłębszej fazie nocy, gdy w lokalu jest już pusto, otwieram tę grę. Nie po to, by grać. Po to, by posłuchać dudnienia tych planet i zobaczyć te trzy niebieskie kule. To mój osobisty vavada darmowe spiny – przypomnienie, że czasem, żeby znaleźć drogę do drugiego człowieka, nie musisz opuszczać swojej orbity. Czasem wystarczy wysłać sygnał. A czasem ten sygnał przychodzi w postaci trzech cyfrowych planet i darmowego spinu o czwartej nad ranem, gdy cały świat wydaje się już dawno śpiący.